Zawiera informacje, galerię zdjęć, blog oraz wejście do zbiorów.
Do czytania wybieram najczęściej literaturę sprzed XXI wieku, nie stronię od liryki i dramatu, czasami sięgam po reportaż, a najrzadziej decyduję się na literaturę popularnonaukową. Bardzo lubię czytać biografie, wspomnienia, listy i dzienniki.
Poniższe wyrywki z czytanych przeze mnie tekstów mocno ze mną współgrają, więc są przedłużeniem tych kilku słów o sobie :)😊
„Ciekawe jest widzieć, że niemal wszyscy ludzie wielkiej wartości zachowują się z prostotą i że niemal zawsze owa ich prostota jest brana za świadectwo tego, że są niewiele warci”.
Myśli, Giacomo Leopardi
„Intensywność marzeń, ważniejsza jest od ziszczeń”.
Wysoki Zamek, Stanisław Lem
-
Ile ludzi, tyle opinii. • Lektura tej biografii pozostawiła we mnie wiele pytań o naturę ludzką. Po raz kolejny uświadomiłam sobie, że sympatie i antypatie wyrabiamy na podstawie osobistych, trudnych do wytłumaczenia impulsów. Po prostu -albo zaiskrzy, albo wręcz przeciwnie. Ile razy drażni nas zachowanie kogoś ogólnie lubianego tylko dlatego, że coś w jego postępowaniu - nawet irracjonalnego - akurat n a s irytuje. • Podobnego rodzaju przemyślenia towarzyszyły mi po przeczytaniu równie dobrej biografii Krzysztofa Kieślowskiego autorstwa Katarzyny Surmiak-Domańskiej. Uświadomiłam sobie, że w pewnym sensie – Wanda Rutkiewicz i Krzysztof Kieślowski – byli do siebie podobni: oboje szli drogą, z której nie przewidywali odwrotu. • Anna Kamińska, wzorując się na swojej wysokogórskiej bohaterce, rownież stanęła na wysokości zadania. Skrupulatnie, niemal kronikarsko odtworzyła życie himalaistki. Z klasą, bez taniej sensacji, przedstawiła tragiczne i bolesne wydarzenia z jej życia. Dała głos rodzinie, przyjaciołom, znajomym, współpracownikom, współwspinaczom, sceptykom i oponentom – wszystkim tym, którzy Wandę cenili i tym, którzy ją krytykowali. • I to jest największy atut tej biografii. Czytelnik, z labiryntu sprzecznych informacji, próbuje wyłonić „swój” wizerunek Wandy Rutkiewicz. Mnie przekonuje zdanie Alison Chadwick-Onyszkiewicz, która mówiła o wielowymiarowości osobowości Wandy i właśnie tym tropem podążyłam i ja. Bardzo podobała mi się bezpardonowa walka kruchej i dobrze wychowanej Wandy o prawa kobiet do zdobywania szczytów w górach wysokich. • Od lat mam uprzedzenie do różnej maści „środowisk”, zarówno w życiu prywatnym, jak i publicznym. Dlatego ekskluzywne środowisko wspinaczy wysokogórskich nie wzbudziło mojej sympatii. Od razu przywiodło mi ono na myśl inne środowisko – bogatych, wpływowych, modnych, złośliwych i zawistnych intrygantów z powieści Leopolda Tyrmanda „Życia towarzyskiego i uczuciowego”. • W biografii uwierała mnie właściwie tylko jedna kwestia - przywoływana od czasu do czasu teza o podobieństwie Wandy do ojca oraz porównywanie ich życiowych wyborów i dróg. Nie twierdzę, że jest to zupełnie niemożliwe, jednak momentami odczuwałam pewien rodzaj natręctwa w eksponowaniu tych podobieństw. • Podsumowując. • Na jednym szczycie – literackim - stanęła Anna Kamińska, a na drugim, interpretacyjnym - Danuta Stenka, która profesjonalnie opowiedziała tę historię o sile życia i śmierci. • I na koniec. • Podczas słuchania audiobooka wiele ciekawych fraz, gotowych zwrotów, a nawet fraszek i dwuwierszy przykuło moją uwagę. Moim ulubionym fragmentem - który najlepiej pokazuje klasę Wandy Rutkiewicz – jest jednak ten: • „Wanda była absolutnym wyjątkiem na tle wspinających się kobiet swoich czasów. Była bardzo dobrze wychowana i miała klasę. Nawet jeśli przeklinała to robiła to piękną polszczyzną, a nie jak jej koleżanki”.
-
Krótka i skondensowana lektura - w moim przypadku trzy spacery z psem i po książce. • Sięgnęłam po nią z ciekawością, bo temat bilingwizmu nie jest mi obcy i chciałam przyłożyć spostrzeżenia autorki do swoich własnych. • Atutem tej książki jest jej dbałość o dowody. Autorka konsekwentnie przywołuje badania i opracowania, którymi podpiera swoje tezy. Bardzo mi to odpowiadało. Przytacza też sporo życiowych przykładów, które pomagają zrozumieć zagadnienia brzmiące czasem dość zawile. • Może i niczego nowego z tej książki się nie dowiedziałam, ale skonfrontowałam sporo własnych doświadczeń i obserwacji, szczególnie w zakresie interesującego mnie zagadnienia - języka wewnętrznego i języka konceptualizacji. • Świetna lektura dla maniaków językoznawstwa, lingwistów i wszystkich ciekawych tego, co język robi naszej głowie.
-
Podczas spotkań z utworami Jane Austen doświadczam emocjonalnych wzlotów i upadków. Spośród czterech przeczytanych przeze mnie powieści „Emma” oraz „Duma i uprzedzenie” bardzo mi się podobały, natomiast „Perswazje” i „Rozważna i romantyczna” już zdecydowanie mniej. • Pomijam w ocenie wątek romansowy. Mam bowiem poczucie, że w każdej z tych książek jest on przedstawiony dość schematycznie. Zdecydowanie bardziej interesuje mnie opis obyczajowości angielskiej prowincji oraz prezentacja ludzkiej natury - a ta, nakreślona piórem dziewiętnastowiecznej autorki, jest wyborna. Austen nie brakuje zmysłu obserwacji ani ironii, która pierwszorzędnie obnaża konwenanse i głupotę. I dlatego nie przeszkadza mi to, że finał bywa wiadomy, ponieważ w drodze do niego dostajemy to, co najlepsze – ludzkie charaktery. • W przypadku „Rozważnej i romantycznej” znużyła mnie rozległość fabuły. Być może niewielki odstęp od czytanej wcześniej „Dumy…” sprawił, że zmęczył mnie styl i perypetie prowadzące do łatwego do przewidzenia zakończenia. • Tradycyjnie nie zawiódł opis bohaterów – charakterystycznych, niejednoznacznych, a przez to prawdziwych. Szczególnie kobiece postaci zasługują na wyróżnienie: irytująca, lecz poczciwa pani Jennings czy wredna Lucy Steele. Z mężczyzn najbardziej działał mi na nerwy brat panien Dashwood, John, a intrygował pan Palmer. • Nigdy nie oglądałam filmowych adaptacji powieści Austen i nawet po lekturze wcale nie mam na to ochoty, bo sugestywność opisów w pełni mi wystarcza. • Przekonałam się jednak, że powieści Jane Austen potrzebują przestrzeni — czytane jedna po drugiej tracą część swojego uroku.
-
Od dawna chodził za mną „Grydz” • Mieczysław Grydzewski wraz z jego przedwojennymi „Wiadomościami Literackimi” i Skamandrem wrył mi się w pamięć jeszcze w latach studenckich. Funkcjonował wówczas jedynie w formie bezosobowej noty bibliograficznej na zasadzie - hasło: Mieczysław Grydzewski, odzew: „Wiadomości Literackie”. Często jednak jego biogram przewijał się w trakcie poznawania lektur, szczególnie tych powiązanych z międzywojniem, dlatego nie było mi dane o nim zapomnieć. • Kiedy reaktywował - najpierw w Paryżu, potem w Londynie, „Wiadomości…” stał się wspólnym mianownikiem dla emigracyjnych literatów, z którymi systematycznie korespondował, a echo tej wymiany listów dotarło do mnie podczas czytania „Listów 1941-1956” wymienianych między Wierzyńskim, a Lechoniem. Wtedy po raz pierwszy poważnie pomyślałam o Grydzewskim – nie jako o nazwisku, lecz jako o twórcy - kimś, kto zza redakcyjnego biurka próbował utrzymać przy życiu rozproszony świat polskiej literatury. • W końcu to on powołał do życia niezapomniane literackie środowisko międzywojennej Polski – „przemienił grupę znajomych w przyjaciół, a przyjaciół w kartel poezji” jak pisał Hemar. Tuwim, Lechoń, Słonimski, Wierzyński, Iwaszkiewicz - ich nazwiska przetrwały w zbiorowej pamięci, a pamięć o skamandryckim impresariu, jak nazwał go Gombrowicz, niestety nie. • Poznawanie Grydza rozpoczęłam od tego krótkiego zbioru, mieszczącego zaledwie trzynaście wiadomości, na który składają się: obszerny list do Jana Lechonia oraz sześć listów i sześć depesz wysłanych do Juliana Tuwima. Opracowanie nie zawiera odpowiedzi poetów, ale jest bogate w przypisy, które ułatwiają meandrowanie wśród nazwisk i wydarzeń z tamtego okresu. • Korespondencja toczyła się w latach 1940 – 1943 i dzisiejszemu czytelnikowi przybliża zawiązki wojennej, inteligencko-dyplomatycznej emigracji londyńskiej - szczególnie gorzki, powszedni chleb uchodźczego środowiska - zgrzyty, starcia, podziały, stronnictwa oraz mniejsze lub większe animozje. • Niebywale zajmującą część listów i depesz do Tuwima stanowi opis emocji wywołanych „Kwiatami polskimi”, które poeta nadsyła partiami z Brazylii do Londynu. Ukazują się one na łamach emigracyjnych „Wiadomości Polskich, Politycznych i Literackich” - spadkobierców przedwojennych „Wiadomości Literackich” Grydzewskiego. Jednak do czasu. Cenzurowanie zbyt dosadnych fragmentów sprawia, że Tuwim odbiera tygodnikowi prawo do dalszego druku. • Zbiór tych listów rozbudził tylko moją ciekawość — tym tytanem pracy zza afisza, który zdecydowanie przedkładał zacisze czytelni British Museum nad salony emigracyjnych dyplomatów i inteligentów. • Przede mną jeszcze obszerny zbiór korespondencji wymienianej z Wierzyńskimi oraz tej toczonej z Iwaszkiewiczem. Na koniec zaś zostawiam sobie pokaźny zbiór felietonów „Silva Rerum”, tych które powstawały w zaciszu londyńskiej czytelni.
-
Niektóre teksty Tyrmanda czytam lub słucham z przyjemnością, do niektórych zaś nie pomaga ani drugie, a nawet trzecie podejście. Ten zbiór kwalifikuje się do pierwszej kategorii. • Mam świadomość, że nie jest to literatura wysoka ani wytrawna psychologicznie. Niektóre chwyty bywają tanie i łatwe. Ale solidarnie trzymam z Marią Dąbrowską — tak jak ona od „Złego”, ja nie mogłam oderwać się od słuchania tych opowiadań. Tyrmand wabi lekkością pióra, żywotnością i dynamizmem języka, celnością porównań, prowokuje dezynwolturą i zarazem ujmuje afirmacją życia. • Miałam wrażenie, że bohater wojennych, morsko-marynarskich opowiadań („Błyskawicę słychać w Oslofiordzie”, „Kajaluk”, Niedziela w Stavanger”, Tubingen ma białe kominy”) jest niczym Odyseusz. Niby wolność w Szwecji jest na wyciągnięcie ręki, ale spiętrzenie przeciwności losu nie pozwala ostatecznie do tego szwedzkiego brzegu dobić. I czytelnik tuła się wraz z bohaterem po norweskiej ziemi, niesiony z miejsca na miejsce. • Sportowe opowiadania („Opowieść o tragicznym tenisiście”, „Hanka”, „Zwyciężać, znaczy myśleć”) podobały mi się najbardziej, szczególnie „Hanka”. Jakże ja za tę dziewczynę trzymałam kciuki, jak zagryzałam wargi, by dobrze wybrała i szczęśliwie… skończyła. Opowiadanie bokserskie miało w sobie zapowiedź czającego się za rogiem Złego, z klimatem półświatka, chuliganów i łobuzów warszawskich. Historia o tenisiście niezła, ale trochę zanadto rezonowała z paranaturalnym klimatem opowiadań Grabińskiego, co u Grabińskiego mi odpowiadało, a u Tyrmanda raziło. • Losy „Jonathana Millera”, dla mnie jedno z ciekawszych, chociaż trochę nierównych, opowiadań z tego zbioru, swoją formą historii w historii przypomniały mi „24 godziny z życia kobiety” Zweiga. Bohater „Hotelu Ansgar” zaś jawi się jako połączenie Jamesa Bonda z Konradem Wallenrodem. I nie zapomnę również anegdotycznego opowiadania zatytułowanego „Rower”. • Jest też sporo o naturze Polaków. O naszych narodowych cechach, po których tak łatwo można rozpoznać rodaków na morzach, oceanach i obcych lądach. • Bliskie są mi niektóre spostrzeżenia Tyrmanda.