Strona domowa użytkownika
Zawiera informacje, galerię zdjęć, blog oraz wejście do zbiorów.
Zawiera informacje, galerię zdjęć, blog oraz wejście do zbiorów.
Miejska Biblioteka Publiczna im. Jana Pawła II w Opolu
| Rodzaj: | Biblioteki publiczne |
|---|---|
| Telefon: | +48 77 454 80 30 |
| Województwo: | opolskie |
| Adres: |
Minorytów 4 45-017 Opole |
| E-mail: | sekretariat@mbp.opole.pl |
Biblioteka Główna
Poniedziałek 12:00 – 19:30
Wtorek 09:00 – 19:30
Środa 09:00 – 19:30
Czwartek 09:00 – 19:30
Piątek 09:00 – 19:30
Sobota 09:00 – 15:00
Najnowsze recenzje
-
Na wydaną pośmiertnie publikację Kory składają się zeszyty z lat 2003-2018, w których artystka notowała wiersze, szkice piosenek, refleksje, cytaty z lektur, nazwiska intrygujących dzieł, kompozytorów, literackie tropy i egzystencjalne zwątpienia, wypisy z wewnętrznego życia. Zeszyty składają się na podręczny warsztat piosenkarki, gdzie możemy obserwować jak nagie myśli przyoblekają się w ciało formy. Kora notowała niemalże wszędzie (w Warszawie, na Warmii, na Roztoczu), a z rzeczonymi zeszytami prawie wcale się nie rozstawała, były zawsze na podorędziu, gotowe na przyjęcie błysku, epifanii, momentalnego widzenia. „Bycie romantycznym to bycie czułym / na piękno życia, to miłość do / świata widzianego i niewidzianego / to poczucie słabości w stosunku do / wielkości świata”. • Kora rozumiała siebie i człowieka jako proces, jako ruch, który trzeba stale wspierać wewnętrzną pracą, aby człowiek nie doświadczał inercji i nie był jak stereotyp, zużyty koncept, powtarzane po kimś słowa. Dlatego zapisała: „nigdy nie jestem / staję się, / tym, kim myślę, że jestem, lub / tym, kim wy myślicie, że jestem”. Człowiek jest nieodgadniony, tak samo dla innych, jak i dla samego siebie, i tylko sztuka potrafi przekonująco wyartykułować (nie tylko w słowach) te wątpliwości. W każdym z nas mieszka zazdrość. Życie to scena prób i przymierzalnia rozmaitych kostiumów, z nadzieją, że własny wybór pokryje się z okazją, która się nadarza. To chorobliwe poszukiwanie osoby, która spowoduje, że stanę się dla siebie mniej uciążliwy: „Miłość rani zdradza opuszcza / poniża a mimo to wszyscy / o niej marzą”. Niewiele o niej wiemy i każda następna zaczyna się od poprzedniej. „Jedynie życie trwa całe życie / A reszta jest milczeniem”. Czy ten, bez kogo nie możesz żyć, jest zawsze tym, z kim żyjesz? • Kora jest w wielu miejscach bardzo blisko egzystencjalizmu. Mówi, że często żyjemy bez żadnych sankcji, a pytania zaczynające się od „dlaczego”, bądź „dla kogo”, nie znajdują satysfakcjonujących odpowiedzi w naszych podręcznych słownikach. Życie składa się z okresów, kiedy się oddycha wcale o tym nie myśląc, ale również i takich, kiedy każdy oddech niesie ze sobą świadomość ciała, trosk, niepokojów, a interwały między nimi nazywamy szczęściem. „nie jestem głodna tylko / niespokojna dlaczego nie wiem // wieczne zatroskanie / oto istota człowieka”. Jedyną pewnością jaką mamy, i jest ona poza wszelką dyskusją, jest konieczność umierania. • Kora sporo mówi również o tym, że tylko ziemia się nie zmienia, a muzyka pozwala znosić życie. Słucha Erika Satie, Oliviera Messiaena, Czajkowskiego, Rachmaninova, Pendereckiego, Góreckiego i wielu innych. Giacinto Scelsi wymieniony w jednej kolumience z Terrym Riley. Wypisuje fragmenty z książek Herberta, Buczkowskiego, Máraia, czy Dickinsona. A my czekamy na wyrok. Nic się nie dzieje. „Noc nie zapada, dzień nie ma końca”. Każda ludzka historia to opowieść o śmierci, o tych, co zawsze są u siebie, i o tych, co nieswojo czują się nawet u siebie.
-
Poezja ma poświadczać istnienie, notować jego bogactwo, zapisywać wielość form, którymi nas obdarza. Wiersze Dehnela eksplorują przestrzenie prywatne, notują zachwyty z podróży, notatki z estetycznych spełnień. Wszystko w tym tomie jest zwyczajnie uroczyste, zwykłe, a jakby odświętne, wpisane w określoną formę. Dehnel pisze sporo o uczuciach. O szerokiej palecie wzruszeń i uniesień. O różnych stopniach wewnętrznego wrzenia, różnych stadiach emocjonalnego zaangażowania. W wierszu „Wracają do mnie jak ludzie”, czytamy: • Piszę więc o tamtym drzewie, nie mogąc i nie chcąc pisać • o tym, kogo kochałem nie tak, jak należy, • i kogo straciłem niepowrotnie, • a był złoty i wysoki, i piękny, • i leżał na trawie • jak odbicie • czegoś większego, • co zarazem zetnie mróz. • Autor Języków obcych zwraca uwagę, że każdy zamieszkuje w swoim języku, tworząc z innymi wspólnotę wrażliwości, a nawet lepiej: horyzont oczekiwań. Otaczają nas wędrujące słowa, skrzydlate słowa. Ich maski, pozy, miny. Żywa tkanka nie wyczerpana w translacji. Mowa ulicy, sklepowych witryn, bilbordów, reklam. Stąd rozmaitość form, bogactwo stylów, imponująca rozpiętość formalna. Dehnel podziela pewnie myśl Brodskiego (zapisaną na marginesie rozmyślań o Kawafisie), że „Poezja wydaje się jedynym orężem zdolnym do pokonania języka przy użyciu jego własnych środków”, a jedyne, czym poeta rozporządza (powtarzając za Audenem), to g ł o s. Czysty, donośny tembr przeciwko przemijaniu: • Gdzie spojrzeć, to coś zniknie, to znów się wynurzy, • i wszystko, co istotne, gdzie indziej jest pyłem • na niewidocznej okiem kosmicznej orbicie.
-
Poprzednia książka Moniki Sznajderman, Fałszerze pieprzu, była próbą ożywienia czasu zastygłego, żyjącego jedynie w domowych wspomnieniach, a przy okazji podróżą w przeszłość, przesuwającą akcenty rodzinnej historii. Tym razem czytelnik obcuje z próbą ocalenia przeszłości Wołowca i okolic. Pisarka od ćwierć wieku czyta Beskid Niski i Wołowiec szukając dla siebie miejsca na ziemi. Tu, gdzie w jesiennym wietrze z ledwością trzymają się gałęzi jabłka, wilcze watahy kluczą po zmroku, a Wisłoka wpada do Zawoi. • Czego możemy się spodziewać po nowej książce Moniki Sznajderman? Przede wszystkim mamy do czynienia z obezwładniającą czułością i impresyjną medytacją o Beskidzie Niskim. Z zachwytem nad urodą krajobrazu, zapisem widzianego, rytmem kroków starających się zamieszkiwać znane dukty wciąż od nowa. Pisarka wie, że moment oswojenia przestrzeni, to przejście od spojrzenia do widzenia. To w gruncie rzeczy umiejętność zamieszkiwania pustki. Dlatego w swojej nowej książce przywraca imiona umarłych, a krajobrazowi minione wcielenia. Zderza przeszłość z teraźniejszością, kreśli szlaki autochtonów, stara się rozwikłać ich koligacje, zaprzyjaźnia się z duchem miejsca, kładzie pomost pomiędzy przeciwnymi wektorami czasu. • Sznajderman, jak sama mówi, wzięła w opiekę cudzą historię i spróbowała zadomowić się w obcym miejscu, „umościć w śladach po nieobecnych”. Udało jej się to znakomicie. Pisarka uświadamia nam, że zawsze mieszkamy po kimś. Sama nieustannie kluczy, rozgląda się, nasłuchuje. A my razem z nią zapełniamy puste miejsca.
-
Powieść „Rozwód w Budzie” ukazała się w 1935 roku. Rzecz jest opisem węgierskiego mieszczaństwa u progu XX wieku, a także lat przyszłych. Jak to często u autora „Żaru” bywa, fabuła rozpisana jest na dialog dwóch mężczyzn, próbujących w słowach odzyskać przeszłość i po latach zrozumieć jej sens. Proza opisuje jak drobne zdarzenia i przeoczone na pierwszy rzut oka rzeczy, determinują nasze życie i mają wpływ na jego dalsze losy. Powieść jest popisem psychologicznego ujęcia postaci, opisem ich motywacji, a nade wszystko studium braku i tęsknoty będących asumptem, do tak wielu naszych działań i aktywności. • Węgierski prozaik swoim zwyczajem konfrontuje w powieści różne punkty widzenia i zderza ze sobą rozmaite życiowe filozofie, aby wyłuskać ich wspólne mianowniki, a przede wszystkim znaleźć w nich jakiś punkt wspólny, uniwersalny. Dlatego emocje zostaną poróżnione z rozumem, obojętność z namiętnością, a choroba z witalizmem. • Autor „Wyznań” pisze o pokorze i rezygnacji jako sposobach udanego egzystowania, o umiejętności wyrzeczenia się własnych ambicji, za cenę przyzwoitego trwania. To książka o niespełnieniu rzucającym się cieniem na reszcie naszych dni, o uczuciach, które wytracają swoje pasje, zanim trafią do właściwych adresatów. O obojętności, pod którą skrywają się nigdy nie zagojone rany i zadry, a także o przemijaniu, które nieustannie zaskakuje nas swoją nieodwołalnością.
-
Ireneusza Morawskiego, niewidomego, początkującego prozaika Poświatowska poznała na jednym z wieczorów poezji, w 1958 roku w Częstochowie. Od razu przypadli sobie do gustu. Morawski przez wiele, wiele dni, przychodził do Haliny Poświatowskiej, czytał jej swoje opowiadani i rozmawiał z poetką. Oboje wymieniali ze sobą listy, które autorka Hymnu bałwochwalczego uważała za kwintesencję stylu i polotu. Korespondencja Morawskiego dopiero w ostatnich latach mogła się ukazać. Wcześniej, jeszcze za życia, autor nie wyrażał zgody na jej publikację. Czego możemy się z niej dowiedzieć? Otóż, nie zdradzając zanadto szczegółów, jesteśmy świadkami rodzenia się niezwykłej przyjaźni i może czegoś jeszcze, do końca nie wyartykułowanego i nieuświadamianego. Poznajemy historię człowieka, któremu Poświatowska chciała opowiedzieć drgania swojego serca. • Ireneusz Morawski – bliski przyjaciel i powiernik Poświatowskiej, podobnie nieodgadniony, adresat Opowieści dla przyjaciela. W liście do poetki tak ich definiował: „My? Elektryczne, chore koty, związane z wieczną jesienią, i wieczny deszcz! Taka jest nasza choroba… To my jesteśmy gwoździe nijakie, drogi niczyje…”. Twierdził, że szczęście przychodzi do nas czasem nocą, zupełnie przypadkowo, w wyniku pomylonego adresu, a miłość zdarza się tylko jeden raz. Uważał, że ludzie dopiero w chwilach smutku są silni, bo w końcu zostają sami, a głód uczuć jest siłą poezji. Mówił, że żyjemy w czasie, który nas dawno przegonił, a jedyną wartością XX wieku jest drażniąca i męcząca poza. Do poetki pisał z rozbrajającą szczerością: „Najpierw lubię Twoje listy, potem Ciebie, a potem właśnie wiersze”.